czwartek, 19 kwietnia 2012

52UM - Superego

    Robert Brylewski to na polskiej scenie rockowej człowiek-instytucja, gitarzysta z jednej strony mający bardzo rozpoznawalny styl, a z drugiej osoba bardzo otwarta muzycznie, maczająca palce w mnóstwie zespołów i projektów, nierzadko poruszających się w dość odmiennych stylistykach.  Jednym z projektów, w który czynnie zaangażował się Brylewski, jest 52UM (czyt. Szum), tworzony wspólnie z Konradem Januszkiem – „chirurgiem, który skalpel zamienił na gitarę”. Efekty współpracy obu panów okazują się być co najmniej ciekawe.

    Pierwszej płyty 52UM niestety nie miałem jeszcze okazji posłuchać, tak więc „Superego” jest moim premierowym kontaktem z ich muzyką. Słyszałem, że w prace nad debiutanckim albumem grupy zaangażowana była bardzo duża grupa osób; tym razem, materiał powstawał w sześcioosobowym gronie. I choć 52UM nie jest raczej przodującym projektem Brylewskiego, słychać zgranie i zaangażowanie, a przede wszystkim łatwo jest wychwycić dużą spójność prezentowanego materiału. Słuchając „Superego”, do głowy przychodzą mi nawiązania do zimnej fali (te są najbardziej oczywiste), ale również pewne punkty wspólne z klimatami, za które lubimy stajnię 4AD. To bardzo przestrzenna i naznaczona charakterystycznym klimatem muzyka. Do jej najważniejszych elementów bez wątpienia należą łatwo rozpoznawalna, jakby przybrudzona gitara Brylewskiego, oraz dość swoisty, lekko monotonny głos Januszka. Uwagę przykuwają też intrygujące podkłady elektroniki, tworzące dodatkowe tło dla, mimo wszystko, przodujących gitar.

    Już otwierający album „Przedsen” to dobry utwór, z wpadającą w ucho melodią zamkniętą w prostym refrenie. Również następne „Ego” i „Mały Wojownik” to zapadające w pamięć kompozycje. Dynamiczny, bardziej energetyczny „Granice” to zaś przykład utworu świetnie nadającego się na scenę. Nieco gorzej wypadają „To My Son” i „Gwiazda”. Pierwszy z nich, sam w sobie bardzo mroczny, dość ciężki i dobrze zaaranżowany, jest kładziony przez nienajlepszy angielski akcent Januszka; na szczęście, jest to jedyny anglojęzyczny utwór na płycie, zaś sam wokalista zdaje się dużo lepiej czuć w kawałkach z polskim tekstem. Drugi z wyżej wymienionych posiada wiele intrygujących zagrywek gitarowych i elektronicznych, niemniej nie do końca do całości pasuje chyba nieco zbyt radosna i naiwna melodia refrenu. „W Jasność Dnia” to kolejny utwór, która wyróżnia bardziej optymistyczny charakter, niemniej tym razem ciepła, delikatna melodia dobrze korespondująca z tekstem sprawia, że mamy do czynienia z jednym z lepszych punktów albumu. Zamykające płytę „Schody” są natomiast kapitalnym zwieńczeniem „Superego” – świetnie współgrająca elektronika i brudne gitary, a przede wszystkim chyba najlepszy tekst.

    I właśnie słuchając „Superego” warto zwrócić uwagę na warstwę liryczną. Teksty mogą wydawać się nieco naiwne i bardzo proste, ale dzięki temu dobrze łączą się z mroczną, troszeczkę odhumanizowaną muzyką. Z jednej strony, są one mocno naznaczone mrokiem i smutkiem, z drugiej jednak zdają się nieść pewną nadzieję („Przedsen”, „Ego”, „To My Son”). I choć z reguły nie zagłębiam się w liryki, tym razem dokładnie przesłuchałem „Superego” trzymając w rękach książeczkę z tekstami.

    Być może „Superego” nie jest wypełnione muzyką, że tak powiem, klasy światowej, niemniej zaangażowanie i przede wszystkim przemyślana struktura sprawiają, że słuchanie tego krążka może wciągnąć na długi, długi czas. Zwłaszcza, kiedy nie ma się ochoty na muzykę zbyt kolorową i barwną, a raczej na szarą. Szarą, co bynajmniej nie znaczy, że monotonną. Warto na „Superego” poświęcić chwilę czasu.

Ocena: 8/10

1.    Przedsen [03:16]
2.    Ego [03:57]
3.    Mały Wojownik [04:10]
4.    Struny [03:41]
5.    Kwiaty [03:32]
6.    Granice [04:27]
7.    To My Son [03:33]
8.    Gwiazda [04:09]
9.    W Jasność Dnia [03:50]
10.    Schody [04:18]

Skład: Konrad Januszek – gitara, wokal; Robert Brylewski – gitara; Rafał Miciński – bas; Michał Leks – bębny; Paweł Stawarz – wibrafon, malleKat; Wojciech Konikiewicz – klawisze, syntezatory

20120, Offside Records


wtorek, 27 marca 2012

Radiohead - The King Of Limbs

    Radiohead to zespół, którego każda nowa płyta, jakakolwiek by ona nie była, wzbudza niezwykle dużo emocji. Oczywiście nie dziwi to nikogo – Radiohead to przecież solidna marka. W przypadku „The King Of Limbs”, rzecz prosta, było tak samo. Od razu po premierze zaszumiały wszelkie blogi i fora, a recenzje najnowszego albumu pojawiały się często a gęsto. Ile to ja się o tej płycie naczytałem, zarówno złego, jak dobrego…

    Ja osobiście nie „przetrawiłem” tego wydawnictwa od razu. I choć nabyłem je stosunkowo szybko, ciężko było mi ją naprędce ocenić. Potrzebowałem wielu, wielu przesłuchań, musiałem poświęcić sporo czasu, by wreszcie tę płytę odkryć. „The King Of Limbs” nie zawiera muzyki łatwej, ani takiej, która robi wrażenie od razu. Oczywiście, pod warunkiem, jeśli to wrażenie zrobi w ogóle.

    „The King Of Limbs” nie sposób nazwać płytą rockową. Dominują gęste, zapętlone i zwielokrotnione partie bębnów, nieco schowana gitara basowa i płynący nad całością, niezwykle charakterystyczny głos Thoma Yorke’a. Nietypowa dla Radiohead jest też atmosfera tych dźwięków, nieco duszna, mało przejrzysta i dość mroczna. „The King Of Limbs” na pewno nie jest też płytą piosenkową – klasyczny schemat zwrotka-refren nie występuje. Tym razem Brytyjczycy nagrali płytę na wskroś hipnotyczną, zupełnie inną od poprzedniej „In Rainbows”. Oczywiście, taka stylistyczna rewolta nie powinna nikogo dziwić, bo takowe były już obserwowane w karierze Radiohead. Rozbijanie „The King Of Limbs” na czynniki pierwsze i zajmowanie się każdym utworem z osobna uważam za raczej bezcelowe, gdyż, jak wspomniałem, to płyta hipnotyzująca jako całość. I wydaje mi się, że tylko tak powinna być odbierana, słuchana w skupieniu od początku do końca (co nie jest dużym wysiłkiem, zważywszy, że trwa ona około 37 minut), naraz. Jako tło do innych czynności kompletnie się nie nadaje, głównie dlatego, że ciężko przy tym tupnąć nóżką czy zagwizdać jakąś melodię. Nie, chyba czasy przebojowych numerów Radiohead minęły bezpowrotnie.

    Największą siłą „The King Of Limbs” jest jednak to, że jest tu mnóstwo, mnóstwo dźwięków i przynajmniej mi osobiście wielką frajdę sprawiało dokopywanie się do kolejnych. A największa wada? Chyba właśnie to, że poza tym album ten nie ma tak naprawdę bardzo dużo do zaoferowania. Owszem, klimat jest całkiem fajny (choć określenie może nie jest do końca na miejscu), ale sam nie wiem, czy przekonuje mnie on do końca. Czegoś tej płycie z pewnością brakuje… Może właśnie takiej bardziej luźnej, bardziej rozrywkowej atmosfery, może bardziej zostających w głowie melodii, czy choćby dźwięków. Może troszeczkę brakuje bardziej rockowych gitar, tego pazura, choćby mocno spiłowanego. A może ten klimat na dłuższą metę jest zbyt senny, zbyt monotonny, nie aż tak bardzo wciągający, jak być powinien… Nie zmienia to faktu, że jest to płyta mimo wszystko dobra. Owszem, chyba spodziewałem się czegoś więcej po Radiohead, a może trafniejszym określeniem byłoby, że spodziewałem się czegoś innego, po prostu.

    „The King Of Limbs” nie jest ani najlepszą, ani najbardziej odkrywczą płytą w dorobku tej brytyjskiej grupy. Ale pomimo faktu, że trwa 37 minut, potrafi wciągnąć na znacznie, znacznie dłużej.

Ocena: 7/10

1. Bloom [05:15]
2. Morning Mr Magpie[04:41]
3. Little By Little [04:27]
4. Feral [03:13]
5. Lotus Flower [05:00]
6. Codex [04:47]
7. Give Up The Ghost [04:50]
8. Separator [05:20]

Skład: Thom Yorke – wokal; Johnny Greenwood – gitara; Colin Greenwood – bas; Ed O’Brien – gitara; Phil Selway – bębny

Not on label, 2011

piątek, 17 lutego 2012

Co? Gdzie? I po co? Vol. 22

  Tak jak mówiłem, trochę newsów o nadchodzących nowościach płytowych.

15 kwietnia - wpiszcie tę datę do kalendarzyka, bo wtedy ukazuje się nowy album Anathemy. Bracia Cavanagh tym razem nie kazali długo czekać na nową płytę. "Weather Systems" ma nawiązywać do wydanego w 2010 "We're Here Because We're Here". Zaostrza to tylko mój apetyt. Póki co, można podziwiać już okładkę, która, swoją drogą, jest... no kurwa, śliczna.



Nowy album przygotowały też chłopaki z The Mars Volta. Płyta będzie nosić tytuł "Noctourniquet" i ma zostać wydana 26 marca. Jeśli nie będzie przerostu formy nad treścią, powinien być dobry album.

13 marca zaś do sklepów trafia "Enslaved" - kolejny krążek Soulfly. Max Cavalera jak widać nie ma zamiaru robić sobie przerwy.

Kolejna premiera 26 marca to "Koloss" Meshuggah. Aż cztery lata kazali czekać na nowe studyjne wydawnictwo. Oby nie był to czas stracony.

środa, 15 lutego 2012

Co? Gdzie? I po co? Vol. 21

Długo tutaj nie zaglądałem, pora zatem jak najszybciej nadrabiać zaległości. Na początek, garść informacji na temat paru polskich festiwali.
Niezwykle interesująco zapowiada się tegoroczny Asymmetry Festival. Czwarta edycja imprezy, tradycyjnie odbywającej się we Wrocławiu, trwać będzie od 3 do 5 maja w Browarze Mieszczańskim. Wśród anonsowanych zespołów znalazły się: Killing Joke, AmenRa, The Ascent Of Everest, Sleep, Bohren & Der Club Of Gore, Black Tusk, Red Fang i wiele, wiele innych. Po dokładne informacje zapraszam tutaj

Nie mniej ciekawie zapowiada się OFF Festival. Występ w katowickiej Dolinie Trzech Stawów potwierdzili już m.in. Iggy & The Stooges oraz Swans. Jeśli organizatorzy utrzymają tak wysoki poziom, zapowiada się naprawdę fajna impreza.

Udział na gdyńskim Open'er Festival potwierdzili tymczasem chociażby Björk, Franz Ferdinand czy The xx.

Zaskakująco ciekawie wygląda też skład brudaspędu w Kostrzyniu. Jurij Owsiak zaprosił m.in. Machine Head, Ministry i Hardcore Superstar. Hm...

Ceny biletów, dokładniejszy program i inne informacje dotyczące ww. festiwali:
OFF Festival
Woodstock
Open'er

Parę newsów dotyczących nowości płytowych na dniach. Pa!

sobota, 17 grudnia 2011

Annihilator - Annihilator



  Jeśli kiedykolwiek pokusiłbym się o stworzenie listy najbardziej nierówno grających zespołów, Annihilator byłby w jej czołówce. Jeff Waters wraz z kolegami (a z powodu licznych roszad w składzie było ich całkiem dużo) był w stanie nagrać, no nie bójmy się tego powiedzieć, klasyczny thrashowy album (oczywiście mowa o "Alice In Hell"), jak i garść ciężkostrawnych gniotów (co zdarzało się częściej zwłaszcza w ostatnim czasie). Póki co najnowszy krążek w dorobku grupy, a przy okazji debiut w barwach kultowej Earache, okazuje się powrotem do całkiem przyzwoitej formy. Oczywiście, nie tej znanej z "Alice In Hell", czy nawet "Never, Neverland", niemniej na tyle wysokiej, że "Annihilator", przynajmniej do pewnego momentu, może się podobać. 

    Zaczyna się naprawdę, naprawdę fajnie. "The Trend" atakuje dobrym, charakterystycznym riffem i szybką galopadą. Jest w tym trochę old school'owego ducha. Dalej nie jest wcale gorzej - "Annihilator" leci szybko, udanie mieszając klasyczny thrash z nowoczesnym metalem. I tak aż do mojego ulubionego "25 Seconds", po którym, niestety, ciśnienie znacznie siada. Thrash metal ustępuje miejsca czemuś, co można by nazwać nawet metal core'm, w dodatku naprawdę mało przekonującym. "Nowhere To Go" czy "The Other Side" są bardzo nijakie, dodatkowo skopane przez mdłe refreny. Trochę lepiej wygląda "Death In Your Eyes" - oczywiście z obowiązkowym refrenem zaśpiewanym czyściutkim wokalem, ale za to z dobrą solówką Watersa. 

    Dave Padden na "Annihilator" przekonuje jeszcze bardziej, że typowo thrashowym wokalistą nie jest. Owszem, ma nawet interesującą barwę głosu, ale słychać, że lepiej czuje się, gdy krzyczy, niż śpiewa. Waters zaś, w swoim stylu, skontruował zarówno garść dobrych, mocnych riffów, jak i parę intrygujących solówek. Od strony technicznej ta płyta jest nienaganna - wyprodukowano ją bezbłędnie, zaś umiejętności techniczne muzyków również stoją na bardzo wysokim poziomie. "Annihilator" ma dwie przywary. Po pierwsze - nie jest to równy album. Udana pierwsza część płyty mocno kontrastuje z drugą połową i naprawdę nie jest trudno zauważyć jakościowy przeskok. W parze z nierównym poziomem kompozycjnym idzie też brak zdecydowania stylistycznego. Z jednej strony klasyczny, szybki, ale też melodyjny thrash, charakterystyczny dla Watersa na początku kariery Annihilatora, z drugiej nieprzekonujący, z wieloma metalcore'owymi naleciałościami, tzw. groove metal. Ja gatunkowym purystą nie jestem, dlatego ten nowoczesny metal, gdyby tylko był zagrany na naprawdę dobrym poziomie, pewnie by mi wcale nie przeszkadzał. Problem w tym, że ci kolesie lepiej się czują w utworach mających więcej z ducha klasycznego thrashu. Unowocześnianie muzyki na siłę nie idzie w parze z jej jakością. Co nie zmienia faktu, że porównując "Annihilator" do kilku ostatnich wydawnictw tego zespołu, jest wyraźnie lepiej. 

Ocena: 6/10


1. The Trend [07:04]
2. Coward [04:21]
3. Ambush [03:21]
4. Betrayed [04:34]
5. 25 Seconds [04:49]
6. Nowhere To Go [05:07]
7. The Other Side [04:19]
8. Death In Your Eyes [05:58]
9. Payback [04:47]
10. Romeo Delight (Van Halen cover) [04:26]

Skład: Jeff Waters - gitara, bas; Dave Padden - wokal, gitara; Ryan Ahoff - bębny

Earache Records, 2010 



niedziela, 11 września 2011

PJ Harvey - Let England Shake


Na początek jedno zdanie wyjaśnienia - nigdy nie przepadałem jakoś specjalnie za PJ Harvey. Owszem, znałem trochę twórczość pani Polly Jean, ale nazywanie mnie miłośnikiem twórczości wyżej wymienionej byłoby bardzo niewłaściwe. Tak prawdę mówiąc, bardziej zainteresowałem się dorobkiem tejże dopiero po dokładnym zapoznaniu się z "Let England Shake". Bardzo dokładnym, dodam.

Dlaczego? To proste - najnowsze dokonanie Polly Jean Harvey bardzo, bardzo mocno mną zawładnęło. Niby podstawowe założenia są podobne, bowiem do czynienia mamy z charakterystycznymi dla artystki protest-songami, jednak podanymi w odmiennej formie. Nie jestem zwolennikiem specjalnego rozwodzenia się nad warstwą tekstową (która notabene dla mnie, osobnika lubującego się w muzyce instrumentalnej, często jest zupełnie zbędna), tak tym razem nie mogę nie docenić mocno zaangażowanych liryk. Liryk mrocznych, bezpośrednich, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że momentami dość brutalnych. Jednak to nie one decydują o wysokiej klasie tego krążka. "Let England Shake" ma parę mocniejszych atutów.

Bardzo podoba mi się darowanie przebojowości cechującej np. "Stories From The City, Stories From The Sea". Zyskał na tym klimat i nastrój płyty, przez to bardziej kameralny i osobisty. I choć nie brakuje tutaj utworów na dłużej zapadających w pamięć (w moim przypadku będzie to zwłaszcza "On Battleship Hill"), nie są to typowe single, a jedynie kompozycje intrygujące dobrymi, wciągającymi melodiami i aranżami. Druga sprawa, to nieco odmienny sposób śpiewania Harvey, delikatniejszy, troszkę stonowany, zwłaszcza w porównaniu do najwcześniejszych płyt artystki. No i sam nastrój "Let England Shake" - kameralny i mroczny. Trafia mnie to celnie, zdecydowanie. Być może jest to zasługą bardzo fajnego brzmienia, uzyskanego dzięki sesji nagraniowej w XIX-wiecznym kościele. Być może to aura tego miejsca sprawiła, że te piosenki mają tak specyficzny i intrygujący kształt. A może, i ku temu bym się skłaniał, jest to z góry założony efekt. W każdym razie, fantastycznie słucha się tej płyty, niezależenie, czy jest to trochę psychodeliczny "The Colour Of The Earth", czy mroczny "In The Dark Places". "Let England Shake" to dzieło spójne i równe, a dzięki temu, że trwa niecałe 40 minut, kilkukrotne przesłuchanie raz za razem nie nuży, a wręcz każde kolejne bardziej wciąga. Bo doprawdy, jest na czym zawiesić ucho, a skromne na pozór aranżacje okazują się wcale bogatymi.

Nie chciałbym rzucać wyrokami na prawo i lewo i nie zakładam z góry, czy to będzie jeden z lepszych albumów tej dekady (a już się z takimi opiniami spotkałem). To naprawdę dobra i wciągająca płyta, której ciężko nie docenić. I tego się będę trzymać, a w jaki sposób i czy w ogóle ten krążek się zapisze w historii - chętnie poczekam i sprawdzę. A szanse na to są spore.

Ocena: 8/10

1. Let England Shake [03:09]
2. The Last Living Rose [02:21]
3. The Glorious Land [03:34]
4. The Words That Maketh Murder [03:45]
5. All And Everyone [05:39]
6. On Battleship Hill [04:07]
7. England [03:11]
8. In The Dark Places [02:59]
9. Bitter Branches [02:29]
10. Hanging In The Wire [02:42]
11. Written On The Forehead [03:39]
12. The Colour Of The Earth [02:33]

Łącznie: [00:39:41]

Skład: PJ Harvey - wokal, gitara, saksofon, wiolonczela, cytra; Greta Berlin - wokale; Jean-Marc Butty - wokale, perkusja; Mick Harvey - bas, perkusja, gitara, organy, klawisze, wokale; John Parish - perkusja, organy, wokale, gitara, klawisze, melotron; Lucy Roberts - wokale

Island Records, 2011


czwartek, 7 lipca 2011

Nowy album Stevena Wilsona


Jesienią nakładem KScope ukaże się nowa płyta Stevena Wilsona, zatytułowana "Grace For Drowning". Zdaniem autora będzie to największy projekt w jego dotychczasowej karierze. W związku z tym, utworzono specjalną stronę poświęconą powstającemu albumowi - www.gracefordrowning.com